Mirkowyzwanie jesienne 2021

Dobry wieczór! Zanim przejdę do samego artykułu, należy wyjaśnić, co kryje się za słowem, tagiem #mirkowyzwanie. Organizatorzy akcji opisują ją tak:

Każda okazja do nowych, ciekawych doświadczeń jest warta rozważenia. W naszej akcji pojawia się czynnik mocno losowy, nie wiadomo jakie wyzwanie na was czeka, czy coś dla was łatwego, czy może zmierzenie się z jakąś trudnością, którą od dawna odsuwaliśmy od siebie, albo o niej w ogóle zapomnieliśmy i po zakończeniu sprawi równomierną radość z pokonanego zadania. Forma wyzwania daje okazje do pewnego rodzaju „zrzucenia odpowiedzialności”, co może pomóc niektórym zrobić rzeczy, na jakie się by sami z siebie nie zdecydowali. Jest to alternatywa dla życia codziennego.

Całość dzieje się na portalu Wykop.pl (link do mojego wpisu) i cóż, postanowiłem wziąć udział.

Wylosowałem następujący zestaw zadań:

1. Rozejrzyj się po mapach Googla i znajdź ciekawe miejsce, które jest dosyć blisko – ale nigdy tam nie byłeś. Sprawdź je 😉

2. Przyroda marnieje za oknem, ale wciąż możesz mieć ją w domu – udekoruj swój parapet zielenią.

3. Byłeś kiedyś w sklepie i zobaczyłeś coś, co nie wiesz jak smakuje albo nigdy nie użyłeś tego w gotowaniu? To doskonały moment, żeby teraz spróbować… Chia, kuskus, jarmuż albo bataty? Użyj nowego składnika podczas gotowania i pochwał się wynikami.

Co tu wybrać? Zastanawiałem się nad punktem pierwszym, ale… dosyć blisko „obskoczyłem” chyba każdy ciekawy punkt, tyle lat tutaj mieszkam… A gdy przyjeżdża mój przyjaciel z Torunia, głodny zwiedzania, chyba obskoczyliśmy wszystko w okolicy…

Przyroda marnieje, zgadza się, na Mazurach wręcz zmarniała doszczętnie. Jest zimno, wieje, brr…

Trzeci punkt… Ciężko mi znaleźć w sklepie coś, co nie wiem jak smakuje. Każdy kto śledzi moją historię na Instagramie, Facebooku czy chociażby tutaj, wie, że żona przygotowuje mi tak niezwykłe i niesamowite posiłki, z takiej ilości składników, najdziwniejszych i najdzikszych (dla mnie). Naprawdę, ciężko by mi było znaleźć coś, co nie wiem, jak smakuje. Chia? Kuskus? Jarmuż? Bataty? Tak potrafi wyglądać moja codzienność. Przepyszna codzienność.

ALE: coś czego nie używałem do gotowania…? Tutaj nagle zadanie zaczęło wydawać się coraz prostsze… bo widzicie, ja nie umiem gotować. Praktycznie w ogóle. Nie znam się na tym i nie bardzo chcę się znać, bo przecież żona… umiem zrobić te rzeczy:

  • Ugotować herbatę
  • Zaparzyć kawę, ale teraz raczej tylko ekspres
  • Zrobić kotlety schabowe
  • Usmażyć frytki
  • Ugotować jajka na miękko
  • Niedawno, parę miesięcy temu, żona nauczyła mnie robić chleb w jajku

Postanowiłem więc, wykonać zadanie numer trzy. Pozostaję w całkowitej zgodzie z zadaniem – zrobię sam, z nowym składnikiem podczas gotowania… ba, nigdy nie używałem żadnego z tych składników. Jadłem, owszem. Gotowałem – nigdy. I w ten sposób żona nauczyła mnie robić kolejne danie!

Żeby było jasne – owszem, żona mówiła mi, co mam robić, była moją chodzącą, śliczną i kochaną książką kucharską, ale nie dotykała się do tego, wszystko zrobiłem sam.

Nowe składniki:

  • Parówki (ano, nigdy ich nie smażyłem, na święto lasu podgrzewałem w mikrofali)
  • Żółty ser (tego to do gotowania już w ogóle…)
  • Boczek (też się nigdy nie tykałem!)
  • Olej rzepakowy z domieszką oliwy z oliwek (frytki robiłem na zwykłym, schabowe, swego czasu, na smalcu)

Resumując, KAŻDY składnik był składnikiem nowym, danie również było dla mnie nowe. Powiem krótko – piszę to i jem co zrobiłem. To jest, ku mojemu zdumieniu, pyszne!

A było to tak:

Zacząłem oczywiście od zakupów… O ile olej w domu był, to akurat parówek, boczku i żółtego sera, nie było

Następnie obrałem parówki ze skórki, pokroiłem ser na plastry i odciąłem skórkę z boczku. Użyłem czterech parówek, czterech plastrów (wąskich) sera i ośmiu kawałków cienko pokrajanego boczku.

Potem parówki przeciąłem wzdłuż, robiąc w nich szparę. Tam upchałem ser. Wiem, jak to się może kojarzyć.

Tym niemniej wynik widzicie na zdjęciu obok.

Potem – owinąłem parówki plastrami boczku, każdą jedną dwoma plastrami, starając się zrobić to dosyć uważnie, tak, aby na patelni nie wyciekał ser.

Parówki gotowe do smażenia.

Wygląda to, jak wygląda. Szczerze mówiąc, na tym etapie nie byłem pełen optymizmu. Powiem więcej, ciężko było się go we mnie doszukać.

Tymczasem na patelni…

…podgrzewa się wspomniany olej. Żona powiedziała, że mam go nalać tak mniej więcej łyżkę. Wydało mi się to trochę za mało, ale kim ja jestem, aby się kłócić. Wykonane.

Tak że patelnia się grzeje, olej sobie leniwie pływa, parówki przecięte, zapakowane serem i zawinięte w boczek czekają cierpliwie. A mnie się robi coraz cieplej, bo o ile przygotować składniki, to jedno, ale to usmażyć…

Nie ma się co śmiać! Dla mnie to czarna magia.

To mnie żona zaskoczyła…

Byłem tak przejęty sprawdzaniem, czy dół się już usmażył, czy się zarumienił, że nie zwróciłem uwagi na to, jak mi się żona zapoznała z telefonem i aparatem…

W sumie może to i dobrze, widać, że jestem przerażony swoją rolą.

No ale wiedziała, czemu chcę się tego nauczyć, słyszała o Wykopie… chciała pomóc. Ale to, poza – oczywiście – nauką i instrukcjami – jedyna pomoc, jaką otrzymałem. Danie przyrządzone absolutnie własnoręcznie.

A własnouście zjedzone. Oficjalnie żona takiego jedzenia jeść nie może, nieoficjalnie, też bym nie ryzykował na jej miejscu.

Tak wygląda gotowe danie. Najfajniej wyszła ta parówka z prawej, ale wszystkie były przepyszne, serio.

A na koniec wypada wystąpić z karteczką, zrobić #pokazmorde, chociaż akurat na Wykopie występuję publicznie i z mordą na wierzchu od samego początku… ale żeby tradycji stało się zadość:

PS: nie dawajcie plusów, wpis testowy!

Jak się żona zorientuje, że są plusy, to zacznie mnie uczyć kolejnych dań a tego „nie przetrzymie, kurła”!

GrubasFit na Instagramie i na Facebooku