12 minut strachu

Trochę się ogrzałem, pod drzwi samochodu straży pożarnej podjechała karetka. Przesiadłem się z jednego samochodu do drugiego. Ratownicy ustawili dodatkowe ogrzewanie i rozpoczęliśmy badanie. Cukier, pulsoksymetr. Wyszło, że cukier mam bardzo dobry, jak na mnie, 100. A saturację doskonałą – również 100. Tętno miałem podniesione a temperaturę… Mimo ogrzewania w dwóch samochodach przez dobre dziesięć minut, temperatura ciała 34,8°C co oznacza pełnoprawną hipotermię, choć na szczęście, łagodną.

Źródło: https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=3920119634673358&id=2184602331558439 – strona Pana Marcina Jakowicza, jednego z ratowników, którzy mi pomagali – dziękuję! Tutaj karetka drzwi w drzwi ze strażą pożarną właśnie.

W rezultacie dowiedziałem się, że na miejsce przyjechały trzy wozy straży pożarnej, dwa radiowozy policji oraz karetka. Z tego co słyszałem, jeszcze w wozie strażackim, zadysponowano i czwarty samochód, ale strażak powiedział do radia „poszkodowany podjęty z wody, jest już w samochodzie” i czwarty wóz odwołano.

W obu samochodach trząsłem się z zimna tak, jak nigdy wcześniej. Nie wiedziałem, że aż tak można. Organizm próbował się grzać, jak mógł. Karetka, ponieważ poza wychłodzeniem i to łagodnym, nic mi nie było, odwiozła mnie do domu.

Żona w domu przystąpiła do ratowania mej ciepłoty na swój sposób. Nalewka miodowo-cytrynowa ze spirytusem, maść rozgrzewająca wszędzie, podwójna warstwa ubrań, poduszka elektryczna pod stopy. I kołdra na to wszystko. Nie myślcie, że zrobiło mi się gorąco. Ciągle było mi zimno, to też było dosyć przerażające. Ale kolejna przerażająca wiadomość dopiero miała nadejść.

Pamiętacie te wiosła? I te ślady na lodzie? Strażacy powiedzieli żonie, skąd się tam wzięły. W sobotę, dzień wcześniej, była tam też akcja ratunkowa. Tylko, niestety, nie udało się uratować człowieka, wyciągnięto nieboszczyka.

Powoli dochodziłem do siebie. Bolały mnie wszystkie mięśnie, musiały się nieźle ponaciągać, kiedy próbowałem wychodzić. Miałem siniaki, stłuczenia, obtarcia i krwiaki. We wtorek było już trochę lepiej, za to miałem zakwasy. W każdym możliwym mięśniu. I we wtorek też się dowiedziałem kolejnej rzeczy.

Otóż prawie w tym samym miejscu, wydobyto kolejne dwa ciała. Dwóch wędkarzy się utopiło, gdy załamał się pod nimi lód. Utopiło… jeżeli mieli szczęście. Przypomniałem sobie 12 minut strach, chociaż wiedziałem, że już ludzie jadą mi na pomoc. A jeżeli się nie utopili tylko przez godzinę czekali, wiedząc, że nikt pomocy nie wezwał… To były tak przerażające myśli, że to mnie dopiero psychicznie złamało. Wcześniej miałem tylko przebłyski z siedzenia w wodzie i niechęć do zimna.

Od soboty do wtorku, lód na Kisajnie przy Pierkunowie złamał się co najmniej pod czterema osobami. Trzy niestety nie żyją. Czuję się trochę jak w filmie „Oszukać przeznaczenie” (tytuł oryginalny – Final Destination, polecam). Dzisiaj idąc na treningu usłyszałem jadącą ciężarówkę i wyobraziłem sobie, że wpada w poślizg, zjeżdża na chodnik i los się dopełnia. Idiotyzm, wiem. Ale właśnie takie myśli krążą po głowie.

Wiem, że to objawy PTSD (posttraumatic stress disorder – zespół stresu pourazowego), choć oczywiście nie choroba – aby ją potwierdzić, muszą trwać odpowiednio długo. I dlatego postanowiłem rozprawić się z tym co siedzi mi w głowie tym wpisem. A w niedzielę spróbuję morsować. Serio. Oczywiście przy brzegu, z grupą, nie zamierzam nawet wejść na lód. Obiecałem żonie, że więcej nie wejdę. Ale muszę spróbować walczyć z traumą.

Dzięki, że przeczytaliście.

PS: Morsowałem!

GrubasFit na Instagramie i na Facebooku