12 minut strachu

Po kilkunastu metrach strażacy zatrzymali się i spytali, czy dam radę podciągnąć się wyżej, aby jechać na drabinie a nie na brzuchu. Powiedziałem, że spróbuję, co też uczyniłem. Udało się, po chwili w całości leżałem na drabinie. Strażacy znowu zaczęli biec, ciągnąc mnie za sobą. Po kolejnych kilkudziesięciu metrach zatrzymali się, chyba coś zmieniali przy linach, nie jestem pewien. Wtedy opuściłem nogi w dól, dotychczas trzymałem je w górze, aby nie wstrzymywać ruchu drabiny po lodzie butami, nawet odrobinę.

To był trzeci moment, kiedy wypłynął ze mnie w pełni uświadomiony strach. Położyłem nogi i wyraźnie poczułem, że nie kładę ich na lodzie, tylko w wodę. Zrozumiałem, że strażacy mnie ciągną a za nami pęka lód. Wtedy byłem chyba najbliżej momentu załamania i wpadnięcia w panikę. Chciałem się za siebie obejrzeć, ale strażacy znowu ruszyli do przodu.

Po kolejnych metrach, kiedy już się opanowałem i zerknąłem do tyłu, nie zobaczyłem żadnej szczeliny. Uspokoiłem się i zrobiło mi się po prostu głupio, że ci ludzie nie dosyć, że ryzykują dla mnie życie, to jeszcze mnie ciągną a ja przecież mogę iść sam. Powiedziałem, że może już przejdę do brzegu na nogach, ale nie chcieli o tym słyszeć. Dociągnęli mnie do samego brzegu. Tam zapytali, czy dam radę wstać.

Pytanie. Oczywiście, że dam radę, odparłem. I, rzeczywiście, wstałem. Niech pan idzie do wozu, do środka – ponaglili mnie strażacy, dopytując się, czy dam też radę iść. Jasne, że tak! Zacząłem iść do wskazanego samochodu, w połowie drogi jeden ze strażaków mocno mnie chwycił pod prawe ramię i doprowadził pod same drzwi. Czemu? Nie wiedziałem. Potem żona powiedziała mi, że idąc chwiałem się wyraźnie na nogach, jednak tego nie czułem.

Tutaj należą się ogromne wyrazy uznania dla żony. Kiedy opanowała pierwsze nerwy, również robiła za wzór kobiety, która nie da się panice. Nie podeszła nawet do mnie zbyt blisko, nie chcąc przeszkadzać w akcji ratunkowej. Zresztą, nikt chyba jej nie podejrzewał o to, że jest żoną.

Ludzie na brzegu dosyć niewybrednie, ale trafnie, komentowali, jaki debil się trafił, który wylazł na lód a teraz trzeba go ratować. Idiota, debil, to delikatniejsze określenia. A żona wtórowała najgłośniej. Miała rację, miała.

Stanęliśmy pod samochodem, strażak kazał mi się rozebrać. Ściągnąłem rękawiczki i próbowałem złapać zamek od kurtki. Okazało się to niemożliwe. Strażak od razu mnie wyręczył, rozpiął mi kurtkę, potem ściągnęli ze mnie bluzę i koszulkę. Otworzyli drzwi samochodu i poprosili abym wszedł i się ogrzewał. Wszedłem, w środku drugi strażak kazał mi się rozebrać całkowicie. Ściągnąłem buty i dwie pary spodni (zimno było, grubo się ubrałem). Dostałem koc termiczny i siedziałem. Wtedy zerknąłem w okno i mi ulżyło…

Na plecach strażaka przeczytałem „Wojskowa Straż Pożarna”. Ten samochód, ten w którym siedziałem, ale podchodząc do niego jakoś nie zwróciłem na to uwagi, naprawdę był zielony!

Właśnie taki samochód, a być może nawet dokładnie ten, bo to z Giżycka. Źródło: https://www.facebook.com/remizacompl/posts/10157063115042070
GrubasFit na Instagramie i na Facebooku