12 minut strachu

Żona chciała do mnie podbiec i podać mi jedno z wioseł, aby spróbować mnie wyciągnąć. Stanowczo poprosiłem o to, aby odeszła od szczeliny, jak najdalej. Powiedziałem, aby wezwała służby ratownicze. W strachu o mnie, w nerwach, zapytała na jaki numer ma dzwonić. „112 kochanie, 112” odpowiedziałem, a ona jednocześnie zapytała „112?!”. Zadzwoniła, przyjęto zgłoszenie. Cały czas starałem się zachować zimną krew (o co, dosłownie, było bardzo łatwo) i nie wpaść w panikę. Przypomniałem sobie wszystkie metody skutecznego wychodzenia ze szczeliny.

Rozmowa z centrum ratownictwa trwała trzy minuty. Rozpoczęła się minutę po tym, jak wysłałem zdjęcie mamie. Oczywiście do tego czasu należy doliczyć początkowe krzyki i nerwy, wyciąganie telefonu. Zrobiliśmy zdjęcie, odsunęliśmy się od siebie, ja wysyłałem je w międzyczasie, po czym lód się załamał, dosłownie kilkanaście sekund po zdjęciu. Od razu pomyślałem o tych wszystkich zdjęciach „na chwilę przed”.

Pierwsze, czego spróbowałem, to zorientować się, jak w tym miejscu jest głęboko. Przecież to jezioro jest takie płytkie przy brzegu… Ale okazuje się, że jak się brodzi po kolana w wodzie, to czas się dłuży i idzie się wolniej. Jak się idzie po lodzie, jakoś szybciej droga mija. Zanurzyłem się po szyję, nie chcąc zmoczyć głowy i czapki, które ciągle pozostawały suche. Wyciągnąłem stopy jak najbardziej w dół i nie poczułem nic. Woda. Nie wiem, ile mnie dzieliło od dna. Czy dwa metry, czy może dwa centymetry. Ta droga, by wykorzystać dno do odbicia się, pozostała jednak niedostępna.

Co robić? Próbowałem prawą rękę, razem z łokciem zarzucić na lód, jednocześnie pomagając sobie lewą ręką. Prawą nogę wyciągnąłem z wody (jak to dobrze być rozciągniętym!), również zarzuciłem na lód i spróbowałem się po prostu wyturlać ze szczeliny, z powrotem na lód. Niestety, kiedy tylko nacisnąłem ręką i nogą lód, złamał się.

Zdjęcie poglądowe, źródło Pixabay

Wiedziałem, że lód jest słaby, ponownie kazałem żonie odsunąć się dalej, ciągle się o nią bałem. Spróbowałem rękoma rozbić lód, wychodząc z założenia, że skoro jest słaby, to może wyrąbię sobie drogę na tyle, że poczuję dno pod nogami. Nic z tego. O ile pod moim ciężarem złamał się bez najmniejszego problemu, o tyle pod uderzeniami ustąpić nie chciał.

GrubasFit na Instagramie i na Facebooku