12 minut strachu

To było pierwsze wejście na lód mojej żony. Wcześniej jakoś nie było okazji, a może nie była taka głupia jak ja. Ale przecież wcześniej wchodziłem tyle razy… Kiedy szliśmy, lód wydawał swoje zwyczajne odgłosy. Żona się lekko niepokoiła, ale uspakajałem ją tym, że lód zawsze wydaje odgłosy, nawet jak nikt po nim nie chodzi. Ścierają się różne kawałki, każdy kto był na lodzie to słyszał. Zresztą nie było się czym niepokoić, Kisajno jest bardzo płytkie w tym miejscu, co łatwo zobaczyć na zdjęciach na mapach Google. Ludzie daleko od brzegu stoją w wodzie po kolana. Doskonale o tym wiedziałem.

Poza tym było sporo śladów na lodzie, nawet jakby jakiegoś pojazdu, co w ogóle utwierdzało mnie w przekonaniu, że lód jest mocny i gruby. No i ta temperatura, kilkanaście stopni poniżej zera. Tyle, że dopiero od dwóch dni… Po drodze żona znalazła jeszcze dwa wiosła. Plastikowe pióro, aluminiowy chwyt, bardzo fajne. Wzięła je ze sobą. Przeszliśmy już spory kawałek, żona czuła się coraz mniej pewnie. Sięgnąłem do telefonu, aby zrobić nam zdjęcie.

Niedziela, 17 stycznia, 14:12

Zrobiliśmy zdjęcie, wysłałem je mamie i jakoś tak odruchowo przeszedłem jeszcze kilka kroków. Żona została te parę metrów i zasugerowała, że nie czuje się pewnie i już chce wracać. Odpowiedziałem, że jasne. Obróciłem się i w tym momencie poczułem, że straciłem jakiekolwiek oparcie pod nogami. Lód pękł z głośnym trzaskiem, którego nawet nie zarejestrowałem – żona mi o tym opowiedziała i natychmiast wysunął mi się spod stóp. Ułamek sekundy później zanurzyłem się w wodę. Wpadając, udało mi się odruchowo rozpostrzeć ręce jak najszerzej, na boki. To mnie uchroniło przed zanurzeniem się razem z głową, być może odsunięciem się od pęknięcia. Co by było, gdybym wynurzając się uderzył głową w lód a nie w szczelinę? Wolę o tym nie myśleć.

GrubasFit na Instagramie i na Facebooku